Mirosław Jędrowski jak każdy chłopiec marzył, by zostać słynnym piłkarzem. W przeciwieństwie do wielu, których marzenia pozostają nie spełnione, on zaczął je konsekwentnie realizować.
Ukończył szkołę sportową i rozpoczął grę w rodzinnym mieście w „Ruchu" Chorzów m. in. z Krzysztofem Warzechą. Jak to zwykle bywa w tym sporcie, zdarzały się kontuzje, po których musiał pauzować. Kolejny powrót na boisko zakończył się utratą przytomności i ... diagnozą - wyrokiem na jego piłkarskie życie...osteosarcoma. Niewielka narośl na nodze, która miała zniknąć po interwencji chirurgicznej, okazała się nowotworem, który wymagał... amputacji nogi.
Trudno wyobrazić sobie co myślał, co czuł młody człowiek z głową pełną pomysłów na życie, które teraz skręciło w zupełnie inną stronę niż ta, o której marzył. Był czas, że nie chciał, nie mógł pogodzić się z nową rzeczywistością. Dzisiaj wspomina, że gdy po tygodniu wrócił do domu i rano następnego dnia zobaczył słońce, dzieci i żonę, zrozumiał, że to jest to, co najcenniejsze w jego życiu. „Wtedy jak nigdy to doceniłem; zwracałem większą uwagą na głos żony, dzieci, ich dotyk, rozmowy, przeżycia. Chciałem, by żona i dzieci nie odczuli, że mają niepełnosprawnego ojca."
Po rehabilitacji mógł, jak wielu jemu podobnych, zamknąć się w swoim nieszczęściu, domu,
ale wybrał życie. Nadal chodził z rodziną na basen (choć czasu wymagało, by zaakceptował siebie w swoim „nowym ciele"), jeździł na rowerze, grał w piłkę (choć o kulach).
Za namowa znajomego założył własny zespół (w młodości grał na gitarze i perkusji, choć nie tak entuzjastycznie i wytrwale jak w piłkę). Przez dwa lata w czasie koncertów udawało mu się „ukrywać" swoją niepełnosprawność, aż w końcu w czasie radiowego wywiadu, pewna dociekliwa dziennikarka zapytała go wprost o przyczynę jego problemów w chodzeniu. Nie mógł już ukrywać się, tuszować swoich trudności w poruszaniu się. Musiał przyznać się głośno przed innymi (a przecież tak wiele wysiłku włożył w to, by nikt nie wiedział). Musiał przyznać się przed sobą, musiał się takim zaakceptować.
Dzisiaj twierdzi, że miał szczęście. „Choć wiele zawdzięczam własnemu uporowi, to miałem również dużo szczęścia. Okazało się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło." Wielokrotnie podkreśla, że wiele zawdzięcza również innym, zwłaszcza swojej żonie.
Źródło: Biuletyn PPP Nr 1(6)/ 2003
IV Powiatowe Sympozjum Integracyjne
"Osoba niepełnosprawna
w społęczności lokalnej"